Czy żeby osiągnąć sukces, trzeba być pracoholikiem?

 Kategoria Biznes, Branding

Wszędzie czytam i słyszę, że aby osiągnąć sukces, trzeba ciężko pracować. Czy jeśli nie pracuję ciężko, a normalnie, to nigdy nie zdobędę tego, czego chcę?

Pytanie w tytule jest nieco przewrotne, bo odpowiedź zależy od interpretacji słów „sukces” oraz „pracoholik”. Dla każdego znaczą coś innego; mają inny wymiar, skalę, wielkość. Postaram się stwierdzić na swoim przykładzie, jak to z tym sukcesem jest.

Osiągnęłam jakiś sukces. Co prawda jest do dopiero wierzchołek góry lodowej, ale mogę tak powiedzieć. Powiedzmy, że osiągnęłam 1/10 ostatecznego sukcesu, choć jego „objętość” będzie się zwiększać – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jeśli osiągnę jeden cel-sukces, będę chciała osiągnąć kolejny i tak dalej.

Co jest dla mnie tym sukcesem? To, że mam firmę, która w przyszłości ma w założeniu stać się marką. To, że zdobywam nowe kontakty w branży. To, że doświadczam nowych rzeczy, które pozornie wydają się małe, błahe, nieistotne, ale dla mnie mają znaczenie (np. zaproszenie do znajomych na Fejsie od osoby, którą podziwiam czy poproszenie o wypowiedź „ekspercką” do pracy dyplomowej). Te rzeczy są dla mnie bez wątpienia małymi sukcesikami, które przyczyniają się do tworzenia tego dużego, końcowego.

Co nie jest dla mnie sukcesem? Z pewnością nie jest to pełne konto w banku (którego i tak nie mam). Skąd takie niespotykane u reszty przedsiębiorców stanowisko? Pewnie wynika z mojego niematerialistycznego podejścia do życia.

Czy jestem pracoholikiem? Kiedyś tak (przynajmniej tak się nazywałam), teraz absolutnie nie. W przeszłości „żyłam” pracą i stanowiła dla mnie największy sens wszystkiego. Dzisiaj wiem, że są też inne rzeczy poza nią: przyjaźń, miłość, podróże, doświadczanie. Najwięcej (w zawodzie copywritera) przepracowałam około 14 h (od 8.00 do 22.00), kiedy pracowałam jeszcze na etacie, a po przyjściu z agencji do domu wykonywałam zlecenia jako freelancer. Nigdy nie zdarzyło mi się zarwać nocy na projekcie. Nigdy nie zaniedbałam jakiejś znajomości przez pracę.

I w tym miejscu chciałabym dodać, że jednym z najistotniejszych dla mnie sukcesów, jakie teraz osiągnęłam, jest uzyskanie work-life balance. Mam czas na pracę (pracę godzinową zamieniłam na zadaniową – różnica jest ogromna, a efektywność wzrosła!), życie prywatne (codziennie spotykam się z rodziną albo z przyjaciółmi), obowiązki domowe (lubię gotować!), podróże (przynajmniej 2 razy do roku) i inną formę relaksu – książka, film, serial.

Pracuję kilka godzin dziennie, bardzo często mniej niż standardowe osiem. Czy mam poczucie, że gdybym pracowała więcej, to i osiągnęłabym więcej? Z początku tak było, zwłaszcza, gdy obserwowałam sposób pracy mojego kolegi. Pracował dużo i ciężko, nawet po nocach od samego rana. A ja nie, więc czułam się gorsza. Dopiero potem zrozumiałam, że w prowadzeniu naszych firm mamy inne cele, więc nie mogę się do niego porównywać.

Dlatego teraz nie mam takiego poczucia, a przynajmniej nie towarzyszy mi na co dzień. I stwierdzam: można osiągnąć sukces, pracując normalnie, bez wyrzeczeń związanych z życiem prywatnym. Liczy się pasja i determinacja. Może zaprzepaściłam kilka sytuacji, byłam zbyt leniwa bądź strachliwa, żeby podjąć jakąś akcję. Może gdybym zrobiła coś inaczej, lepiej, bardziej się starała w jakiejś konkretnej sytuacji, to byłabym teraz bliżej góry lodowej. Ale nie jestem i jest mi z tym dobrze, bo z natury niczego nie żałuję. Cieszę się z tego, co mam i wiem, że jeszcze wiele przede mną. Chyba takie przeświadczenie samo w sobie jest sukcesem, prawda?

Rekomendowane wpisy

Wpisz tekst i przyciśnij enter, aby znaleźć to czego szukasz